Tramwaj dojeżdżał właśnie do pętli, kiedy ją pierwszy raz zobaczył. Właściwie najpierw zobaczył jej duże, smutne oczy. Wtedy też pierwszy raz nauczył się czytać wszystko w jej oczach.
Był tam cały granatowy, prawie czarny ocean nieszczęścia. I jeszcze większy zbiornik z niewyczerpanymi, prawdziwymi uczuciami.
Później była ich pierwsza, prawie prawdziwa randka. Spokojna, bez pośpiechu. Alkohol sączył się bardzo powoli, lekko uderzając do jej drobnego ciała. W jego zimnym sercu pojawiła się mała kropla czegoś ważnego. Ale oczywiście, wtedy jeszcze tego nie wiedzieli.
Miasto pachniało maciejką, zwisającą z balkonów pobliskich kamienic. Szli obok siebie, nie trzymali się za ręce, ale byli razem.
Potem miało być jeszcze wiele obiadów, kolacji i śniadań. Może piknik na plaży. Teatr. Kino. Koncert. Bez planów. Bo przecież mieli mieć cały czas na świecie na słowa zbyt wielkie, by przechodziły zwyczajnie przez gardło. Wtedy jednak, mogli jeszcze tego nie wiedzieć.
Być może gdyby padało. Ale wszystko trwało zbyt krótko, żeby zostawić jakikolwiek ślad na jej skórze.
Kiedy mówili sobie dobranoc, w małej, zaciemnionej, lekko teatralnej uliczce przy starym zoo, nie dotknęli się. Ale wszystko było w jej oczach.
Umówili się na telefon. Nie planowali tego, nie mieli swoich numerów. Tylko wtedy jeszcze o tym nie wiedzieli.
Być może gdyby padało. Być może gdyby było w nich mniej filmów, książek, słów z piosenek. Być może, gdyby o tym wiedzieli.
Mówili na niego Frank. Trochę dlatego, że nikt nie wiedział, jak naprawdę ma na imię, a trochę dlatego, że tak właśnie chciał. Pewnie to miało wszystkim przypominać bohatera jakiegoś starego amerykańskiego filmu, które bez przerwy oglądał, ale oczywiście i tak nikt nie wiedział, o co chodzi.
Tak, taki właśnie był Frank. Lubił smutne country i czarno-białe zdjęcia. Był trochę sentymentalny, ale niegroźny. Tak o nim myślano.
Problemem Franka było to, że uważał, że pasują do niego piękne kobiety, podczas gdy nie podobały mu się te, które do niego pasowały. Piękne kobiety zaś uważały, że jest dobry. A jeśli piękna kobieta uważa, że facet jest dobry, to już lepiej, żeby powiedziała mu, że będzie jego przyjaciółką.
Świat Franka z zewnątrz wyglądał bardzo poważnie, ale faktycznie budowały go proste dźwięki i słowa. Prosty to był chłopak, choć miał głowę do dobrych historii. Albo to dobre historie miały głowę do niego.
Czasami Frank zastanawiał się, czy mimo wszystko to nie mogłoby być trochę prostsze. Ale życie Franka to nie był koncert życzeń w ulubionej stacji radiowej, gdzie zawsze mają piosenkę, której szukasz.
Poznajcie Franka. Oto Frank.
Podobno całą jedną ścianę w mieszkaniu poświęciła na miejsce dla swoich pająków. Podobno, bo tak mu mówiła, ale nigdy nie miał okazji tego sprawdzić. Nigdy nie zobaczył, jak mieszka, jakie ma w pokoju płyty, książki, albo z jakich kubków pije herbatę. Ale zawsze, zanim się pożegnali, mówiła mu o tych cholernych, wielkich pająkach. Wydawało mu się to dziwnym hobby, szczególnie dla niej, myślał, że bardziej by do niej pasowała np. gra na pianinie, bo z tym kojarzyły się jej długie, zgrabne palce. Ale jakieś owłosione krzyżakowate stwory w tych drobnych, białych dłoniach?
To oczywiście nie znaczy, że w to nie wierzył. Ale to też nie znaczy, że nie chciał tego sprawdzić.
Często stawał na rogu jej kamienicy. Udawał, że ogląda sklepowe witryny albo, że czyta książkę. Napotkanym ludziom mówił, że z kimś się tu umówił, ale ten ktoś już bardzo długo nie przychodzi. Patrzył w okno na poddaszu, poznawał je po pęknietej z jednej strony szybie. Pojawiały się tam różne kształty, przewijało się zawsze mnóstwo różnych, dziwnych ludzi. W białych ubraniach słuchali argentyńskiego tanga, jedli egzotyczne owoce, a potem pijani wylewali się na ulice.
Gdy gasiła światło, widział tylko dwa jasne punkciki papierosów. Zawsze dwa. Ale nie wiedział, kto tam teraz jest.
Myślał o tym, jak śpi. Czy trzyma rękę pod głową, czy raczej przytula się do czyjegoś ramienia. Czy oddycha spokojnie, czy szuka snu po całym łóżku. Jaką nosi piżamę, a może leży nago.
Kiedyś zobaczył, jak wychodzi nocą. Miała na sobie szeroką, czerwoną sukienkę i szła na boso, po czerwone, półsłodkie wino. Żuła gumę i umyślnie odgarniała włosy, pokazując miastu zgrabną szyję. Kluczył za nią, a kiedy się zorientowała, próbował przekonać ją, że to zwykły przypadek. Bardzo się wtedy z niego śmiała.
Pewnego dnia, wszystkie pająki uciekły ze swoich szklanych klatek.
Nigdy nie budzą się razem o tej samej porze. Ona zawsze trochę wcześniej, kiedy poczuje tylko pierwsze symptomy budzącej się ulicy, wolno odkleja się od jego chłopięcych, spoconych koszmarami pleców. Każdej nocy czuwa nad jego snem i walczy z potworami, odgarniając wchodzące na czoło kosmyki włosów.
Teraz kroi chleb na cienkie kromki (tak, jak lubi) i smaruje je cienką warstwą masła (tak, jak lubi). On wstaje, otwiera okno, za oknem ktoś otwiera pierwsze albo ostatnio piwo, powietrze stoi, firanka nasiąka gęstniejącą atmosferą. Wyciąga papierosa, papieros smakuje chłodem, chłód przelewa się na cały pokój, kuchnię, całe mieszkanie za chwilę pokrywa gruba warstwa lodu, dym przeciska się przed lód, zostawia na nim odciski ust. Ona jest w kuchni, on pali papierosa w pokoju.
Siedzą przy stole (razem?). Ona pyta, z czym chce kanapkę, on mówi, że jest mu wszystko jedno, bo w pewnych sytuacjach jest po prostu wszystko jedno, nic nie można na to poradzić. W głośniku ktoś mówi, że idzie powódź, upał, klęska, klęska urodzaju. Ona poprawia sukienkę, siedzi trzymając kolana podkurczone pod brodą (czy to coś znaczy?). On pije kawę, niedobrą kawę, którą zrobiła mu ona. Wstaje i wychodzi. Padają jeszcze jakieś słowa, które po drodze zdążą się już rozpuścić i spłynąć po blacie, tak, że do nich docierają już tylko pokruszone głoski. Nie ma czasu na rekonstrukcję dekonstrukcji. K C J C T. Tyle zostało ze słów zbyt wielkich, by można z nimi chodzić w kieszeniach.
Ona sprząta, pierze dywan, namacza gąbkę i trze, wyciera z niego wszystkie wspomnienia, odciski stóp, odciski palców, odciski pleców, odgłosy westchnień i jęków, wyciera krzyk. Najgłębiej tkwią ślady łez, to najniższa warstwa, mija pół godziny, godzina, one wciąż tam są.Jej gładkie kolana robią się czerwone, jej delikatne dłonią robią się słabe. Wie, że wytrzyma, bo musi wytrzymać, kiedy on wróci, wszystko musi być gotowe.
I jest. Potem czasem śpią, czasem jedzą, czasem kochają się (kochają się?). Psy szczekają, na bruk cieknie sos czosnkowy z kebabów, pięść czule pieści czyjś nos, krew rozlewa się po masce samochodu, przypadkowi przechodnie zatrzymują się i podziwiają wzór, wygląda jak czyjaś twarz, a może to chiński symbol szczęścia i płodności?
Wieczorem niewiele już widać. W nocy przychodzą te same co zawsze potwory. Ona przytula się do jego chłopięcych pleców, które bardzo szybko spływają potem.
Siedziała w rogu, pod samym oknem. Wyglądała jak ktoś, kto zupełnie na nikogo nie czeka, nawet, jeżeli było dokładnie odwrotnie. A poza tym była zupełnie zwyczajna, nie było w niej ani jednego fragmentu, który po paru dniach mógłbyś bez problemu zarecytować z pamięci. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego wszyscy na nią patrzyli.
Biała koszulka na ramiączkach, znoszone dżinsy w kolorze znoszonego dżinsu i odsłonięte stopy, nie do końca równo pomalowane paznokcie (jak się nazywa ten kolor? indigo, czy po prostu niebieski?). Usiadłem naprzeciwko raczej z braku innych wolnych miejsc, niż chęci poznania. Ale jednocześnie również nie mogę powiedzieć, że tego nie chciałem.
Trzymała w rękach jakąś potężną książkę, zawiniętą w lekko pożółkłą gazetę.
- Co czytasz? – odezwała się takim tonem, jakby wcześniejsze milczenie nie wynikało z nieznajomości, a tylko chęci chwilowego skupienia na własnych myślach.
- Foera. Znasz?
- Nie. Pewnie powinnam? A co to za muzyka?
- Soap&Skin. Spróbuj.
Założyła słuchawki. Miałem wrażenie, że zasnęła, co mi zresztą szczególnie nie przeszkadzało.
- Wydaje mi się, że cię skądś znam. Albo, że mi kogoś przypominasz, tylko nie wiem, czy ten ktoś naprawdę istnieje. Właściwie to nawet nie wiem, czy ty istniejesz. Ale dla ułatwienia, przyjmijmy na ten moment, że tak właśnie jest. Jeżeli się znamy, a znamy się dobrze, to mogę ci powiedzieć, że ciebie nie ma. Rozumiesz? I kiedy spotykasz się z kobietą, to ona cię nie widzi, bo nie może cię widzieć.
(A może wcale tego nie mówiła?)
Kiedy wysiadała w swoim miasteczku, jednym z wielu o nic nieznaczącej nazwie, pomyślałem, co bym jej odpowiedział, gdyby zapytała, czy wyjdę z nią i będziemy się kochać w stojącym pod dworcem samochodem (czy raczej powinienem powiedzieć pieprzyć?). Ona powiedziałaby ojcu, żeby poszedł poszukać dla niej kruchych ciastek z cukrem. Była jedynaczką, ojciec kochał ją bardziej niż przypuszczała, nie tylko dlatego, że gdy na nią patrzył, to widział w niej czerwcową noc, kiedy patrzył w ciemne okno swojej ówczesnej miłości. Potem spotkał jej matkę i zamienił dobre serce na idealne ciało. A może poszlibyśmy do jej odziedziczonego po babci mieszkanka, gdzie na dwudziestu metrach kwadratowych żyje z chłopakiem, dzielącym swój dzień pomiędzy rozgrywanie długich sesji w Warcrafta i spotkania z podobnymi mu kolegami, jego ulubionym dilerem i jego ulubioną marihuaną.
(A może wcale nic nie pomyślałem?)
Była druga w nocy, papieros śmiesznie dopalał się za oknem.
Setki kilometrów od tego anonimowego miejsca spała dziewczyna, na którą nikt nie patrzył, gdy śpi. Miała zmierzwione od ugniatania poduszki włosy, nie miała makijażu, nie miała czerwonej szminki, w ogóle nic nie miała (jeśli wiecie co mam na myśli, to jest dokładnie odwrotnie).
Próbowałem odnaleźć za szybą jakiekolwiek kształty. Spojrzałem ponownie na zegarek. Pięć minut po drugiej. Idealna pora na napisanie smsa, którego nie mogę wysłać.
- “Jak myślisz, dlaczego ludzie się kochają?”
Myślę o wszystkich wieczorach, które spędzimy bez siebie. O wypalonych z daleka papierosach. O wszystkich filmach, których razem nie obejrzymy.
Myślę o tych koncertach, na których nigdy nie będziemy i wszystkich płytach, które już na zawsze nam przepadną. I o dźwiękach, cytatach, kadrach, którymi nie uda nam się podzielić.
Myślę o wszystkich momentach, w których nie będę widział Twoich oczu. O wszystkich porankach, w których się przy Tobie nie obudzę. O wszystkich dniach, kiedy Twój uśmiech nie poprawi mi humoru.
Myślę o Twoich następnych facetach, z którymi będziesz jadła zupę koperkową. O facetach, przed którymi będziesz przymierzała nowe ciuchy, wdzięcznie przebierając się przed lustrem. O facetach, którzy będą cię rozbierać. O ich dłoniach, które będą poznawać twoje piersi. Myślę o Twoim ciele wygiętym pod ich dotykiem.
A ty o czym myślisz?
Myślę o nim.
Czerwiec jak październik, bardziej nawet listopad. Pachnie polską wódką, amerykańskimi papierosami i czerwonymi oczami.
Rozmasowuję pięść po uderzeniu. Widzę, jak zatacza się i upada. Z nosa leci mu krew, może to z łuku brwiowego, może z przeciętych ust. Czerwona kałuża na chodniku. Tak, ten widok przyniósłby mi teraz najwięcej satysfakcji.
Wygląda na to, że zaraz będzie wolne.
Najpierw okno.
Potem w parku, pośród historii szesnastolatek o kolejnych zaliczeniach. I niby dlaczego nie można kupić 4 piw za 10 złotych?
Potem dłonie na jej kolanach znajdują malutki pieprzyk, tuż pod linią kończącej się bardzo szybko letniej sukienki. Nie wiem, czy był tam wcześniej.
Trzymam kurczowo jej rękę i rąbek mokrej falbanki. Nie po to, żeby nie wypuścić, ale po to, by zachować jej drobny fragment na później. Po to, by mieć na co patrzeć, gdy głodny będę gasił światło.
Zaśnij, mówię, a ja popilnuję, żeby nikt Cię nie ukradł. I uspokaja się.
Magdalenka, zanurzona w herbacie.
W ostatniej chwili przed startem pomyślał, że byłoby miło, gdyby złapał ją za rękę. Wyglądała na bardziej zaintrygowaną niż przestraszoną, choć w tej chwili przez okno widać było tylko pusty pas lotniska.
Wspólnie patrzyli na chmury pod nimi, które sprawiały wrażenie lodowych połaci, rozciągniętych po sam horyzont. Brakowało tylko polarnych niedźwiedzi. Uśmiechała się delikatnie, bo to prawie jak fiordy, prawda? Jest prawie tak, jak miało być.
Lądowali w burzy, niebo regularnie przerywały gwałtowne błyski, ale byli spokojni. Umówili się, że nie będą już więcej myśleć. Że będzie, co ma być.
Usiedli jeszcze na kawie i croissancie. On będzie tu za chwilę, lepiej już idź, autobus ci odjedzie.
Zostawiam ci Murakamiego, może kiedyś skończysz. I dorzucam Foera, spodoba Ci się, jak odnajdziesz kilka moich ulubionych zdań.
Zapalił ostatniego papierosa i ruszył w stronę przystanku. Nie chciał oglądać ich powitania, radosnego rzucania się na szyję, stęsknionych pocałunków i całego tego zakochanego rytuału. Zapiął bluzę, założył kaptur i wszedł w strefę deszczu. Dzień dobry nocy, czekałaś?
Spotkamy się znowu za miesiąc, pół roku, rok.
Nie spotkamy się znowu.
Ale nikt nie zaprzeczy, że ładnie płonie.
Minęło już co prawda parę miesięcy (a może kilkanaście), ale ledwo go poznała. Miasto wciąż było to samo, równie dobrze mogłoby być o co najmniej kilka godzin lotu stamtąd.
W ogóle się nie zmieniła, bo niby dlaczego miałaby, od kiedy jego już nie ma. Wyglądała chyba nawet jeszcze młodziej, na pewno uśmiechała się tak samo, przechylając głowę na jeden z boków i próbując ukryć dołeczki w policzkach. Tylko patrzyła inaczej.
Miałeś rację, to była tylko kwestia czasu, powiedziała po krępującej wymianie grzeczności. Stali na rozgrzanym bruku, bardzo blisko kamienicy, pod którą wszystko zaczęło się kończyć. Najdłuższe 40 minut jego życia.
Jestem teraz spokojniejsza i pewniejsza. Tak, szczęśliwsza. Wyciąga i odpala papierosa z jego paczki, tak, jak kiedyś. To już jedyna rzecz, która ich łączy.
Wiedziałeś od początku, że masz rację. Może kiedyś skoczymy na kawę? Może lepiej nie.
Pytanie brzmi – czy powinien czuć satysfakcję?